W locie zmieniłam się w wilka. Hamowałam pazurami spadek, aź wylądowałam miękko na ziemi. Otrzepałam się z kurzu. Tak, teraz dokładnie wyczuwałam zapach mojego wnuka. I jeszcze jeden, delikatniejszy, zamaskowany. Zaczęłam skradać się w kierunku, z którego dochodziły zapachy. Nagle przede mną pojawił się cień. Mroczna, kobieca postać. Mimowolnie wyszczerzyłam kły.
- Gdzie on jest? - wysyczałam. Kobieta wiedziała, o co mi chodzi, lecz postanowiła grać.
- Nie wiem, o czym mówisz. Poza tym, kim jesteś?
- Gdzie on jest? - powtórzyłam. - Odpowiadaj! - skoczyłam w jej kierunku. Uchyliła się. I o to mi chodziło. Przeskoczyłam obok niej i popędziłam w stronę wnętrza jaskini. Zobaczyłam go. Leżał na wąskim łóżku.
- Luke? - cicho zawołałam.
- Babcia!
- Prosze cie, nie mów do mnie tak. Wreszcie cie znaleźliśmy. Kim ona jest? - zapytałam prosto z mostu.
- Pomogła mi. Uratowała.
- Dobra. Możesz wstać?
- Nie. Wogóle nie czuję nóg. - spojrzałam na niego ze strachem. Ale zaraz się zreflektowałam.
- Chodź. Pomogę ci. - lekko pociągnęłam go za rękę. Spróbował wstać, ale nagle pokręcił głową.
- Ona też idzie. - wskazał na dziewczynę. Westchnęłam.
- Jak co to przynajmniej pomóż. - nakazałam jej szorstko. Powoli założyła sobie jego drugą rękę na szyję. Pociągnęłyśmy go na zewnątrz. Myślami przekazałam Michaelowi poleenie. Za chwilę też zjechały po linie nosze. Ułożyłyśmy go. Ona pilnowała by nie spadł. A ja wspinałam się. Wreszcie mój wnuk został przetransportowany na grzbiecie sleipnira do domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz