niedziela, 30 czerwca 2013
Od Seremii
Szłam po cichu. Ani szmeru. Musiałam to zrobić. Zabili członka mojej rodziny. Pożałują... Nie ośmielą się zaatakować wściekłego demona, umierającego, rozgoryczonego. Skradałam się. I miałam rację. Ustąpywały mi. Ale nie miałam zamiaru tylko koło nich przejść. Rzuciłam się na pierwszego z brzegu. Moje kły rozszarpywaly ich ciała, ich jad mnożył się poprzez ugryzienia. Wygrałam. Wyły, niektóre uciekały, inne uż darły pazurami ziemię i tłukły ogonami w przedśmiertnych drgawkach. Dość, pomyślałam. Sama jednak nie wiedziałam, czego dość. Wkradłam się do ich lochu. Było tam tłoczno, wyciągnęłam nóż. Podchodziłam do każdego więźnia. Wszyscy pogryzieni. Od razu podrzynałam gardła. Itrafił się jeden ostatni. Nie ugryziony. Ogłuszyłam go i zabrałam do watahy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz