Okres ciąży minął szybko, nie miałam czasu, aby przygotować się do bycia matką. Od dwóch tygodni leżałam plackiem, Seremia i Michael tak postanowili. Powodem był mój ogromny brzuch. Nie byłam w stanie sama się dźwignąć. Kiedy musiałam gdzieś iść potrzebowałam pomocy drugiej osoby. Seremia wywnioskowała, ze poród lada dzień, dlatego od kilku dni przebywam u niej.
- Jak się miewa moja piękna? - kiedy usłyszałam głos ukochanego, myślałam że ze szczęścia chyba się popłaczę. Nie widziałam go kilka dni, bo wykańczał nasz dom.
- Już skończyłeś? - uśmiechnęłam się, kiedy kiwnął głową i z zadowoleniem pocałował brzuch.
- Chciałbym już ujżeć moje maleństwo... - głaskał mój brzuch delikatnie, patrząc na mnie łagodnie.
- Na dworze chyba nie ciekawie, prawda? - skrzywiłam się na myśl o tym, że zbiera się na burzę.
-Tak, boisz się burzy?
Na moim czole zebrały się krople potu, poczułam ból.
- Tak... - sapnęłam. Równo z pierwszym grzmotem krzyknęłam z bólu.
- Mia, co się dzieje? Seremia! - krzyknął Michael - Seremia! Mia rodzi!
Zjawiła się natychmiast. Kazała wyjsć Michaelowi, ten zły wyszedł i nie spokojnie chodził pod drzwiami. Ja czułam tylko ból. Krzyczałam coraz głośniej, a równomiernie ze mną burza szalała coraz mocniej.
- Widzę głowę! - szepnęła szczęsliwa Seremia, ale to wcale nie poszło tak łatwo. Po 3 godzinach wydostał się ze mnie mały chłopiec. Ah, mój mały chłopiec. Już tuliłam malca w ramionach, kiedy nagle poczułam kolejne skurcze. Seremia szybko owinęła malca i położyła do kołyski, podeszła do mnie.
- Będzie jeszcze jedno dziecko! - chciałam krzyknąć, ale nie miałam już siły.
Seremia coś krzyczała, ale jedyne co pamiętałam, to jak wyciągnęła z mego łona dużo mniejsze i delikatniejsze dziecko. Potem słyszała Michaela, poźniej straciłam przytomność...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz